Prowadzenie pociągu to nie zawsze same przyjemności. Czasami na szlaku zdarzają się nieprzyjemne sytuacje.

Służba, jakich wiele. Przyjąłem pociąg w peronach w Katowicach i ruszyłem w trasę. Pomału zbliżała się wiosna, ale nadal czuć było chłód w powietrzu. Ogrzewanie kabiny na szczęście doskonale sobie z tym radziło, nie pozostało więc nic innego, niż dojechać do stacji docelowej i wrócić bezpiecznie do domu. Kolej jednak miała wobec mnie inne plany…

Minąłem Tarnowskie Góry i rozpocząłem rozpędzanie do 120 km/h. Wszystkie urządzenia pracowały prawidłowo. Jednak pociąg jadący z przeciwnego kierunku zauważył coś, czego ja nie mogłem widzieć.

– Pośpiech na jedynce, masz coś nie tak z pantografem!

– Dzięki! zatrzymuję się i sprawdzam

Opuściłem pantograf i wdrożyłem hamowanie. Huknęło, na niebie pojawiła się kula ognia a sieć zaczęła latać na wszystkie strony. Modliłem się tylko, żeby jej nie zerwało. Udało się. Pociąg stoi, sieć wydaje się być cała. Idę ocenić sytuację.

Połamany pantograf

Niestety – odbierak prądu był w fatalnym stanie. Połamane ramiona, ślizg gdzieś odpadł. No jechać się tym nie da. Wywołuję więc dyżurną na radio i proszę o pomoc.

Pani dyżurna, pantograf połamany, sieć prawdopodobnie cała, w każdym razie wisi. Potrzebny będzie pociąg sieciowy

Stoimy i czekamy. Jesteśmy raptem kilka kilometrów od Tarnowskich Gór, więc wsparcie powinno nadejść dość szybko. Nie mam pewności co do stanu sieci, więc nie podnoszę drugiego, teoretycznie sprawnego pantografu. Wagony są zagrzane, ludzie mają nie otwierać drzwi (hehehe, akurat posłuchali), na lokomotywie też przyjemne ciepło. Czekamy.

Uciekające powietrze

Jak szczelny skład by nie był, powietrze kiedyś ucieknie. Z racji tego, że pomoc nie nadciągała a wskazówki na manometrach wskazywały coraz mniejsze ciśnienie, poprosiłem kierownika o zakręcenie hamulca na wagonie, sam zrobiłem to samo na lokomotywie. Jeszcze brakuje uciekającego pociągu do szczęścia.

Skład zabezpieczony, ciepło pomału ucieka, na dworze robi się coraz ciemniej. Właściwie to już jest noc.

Ratunek nadciąga!

W końcu po niemal dwóch godzinach oczekiwania widać światełko w tunelu. A właściwie 3 światełka w ciemności. Nadjeżdża pociąg sieciowy wraz z komisją wypadkową. Wyłączyli napięcie w sieci, ja uszyniłem lokomotywę, fachowcy włażą na dach i oglądają zniszczenia.

Cóż – pantograf do użytku się nie nadaje, jazda z nim również nie jest najlepszym rozwiązaniem. W ruch idą szlifierki i za chwilę szczątki odbieraka leża już na ziemi. Teoretycznie pojazd gotowy do jazdy, drugi pantograf przecież sprawny. Nic bardziej mylnego.

Przewodniczący komisji dopatrzył się jakiegoś pęknięcia na ślizgu, nie zezwolił na dalszą jazdę tej lokomotywy do stacji końcowej. Mam zjechać do najbliższej stacji z prędkością do 20 km/h i tam ma zostać podstawiona lokomotywa zastępcza. Mhm, powodzenia, bo ciekawe skąd wezmą o tej porze maszynę. Zapowiada się kolejne zwiększenie opóźnienia.

No ale nic to, roboty na dachu zakończone, napięcie w sieci załączone – uruchamiam pojazd. W sumie to nie moja sprawa, co dalej. Ale już chciałbym być w domu.

Sprzęt uruchomiony, kabinę zaczyna znów wypełniać przyjemne ciepło, na wagonach również zaczyna się grzać. Dostaję zgodę na dalszą jazdę i pomału zbliżam się do następnej stacji, gdzie na podróżnych czekał już poczęstunek i napoje.

Towarowa pomoc

Żeby nie przedłużać oczekiwania pasażerów na dalszą jazdę – udało się załatwić lokomotywę z zaprzyjaźnionej spółki PKP Cargo. Przyjechała. Odczepiłem moją maszynę od wagonów i odstawiłem ją we wskazane przez dyżurnego miejsce. W międzyczasie kolega z Cargo dojechał swoją, połączył i pociąg był gotowy. Jeszcze tylko próba hamulca i ruszamy.

W kabinie przyjemne ciepło, lokomotywa znów sobie przypomniała, jak to jest pędzić 120 km/h.

Zimno na wagonach!

Jedziemy. Jest dobrze, byle do końca i powrót pasażerem, bo nie ma opcji żebym się z godzinami pracy wyrobił. Wtem na radio odzywa się kierownik

Mechaniku, wagony nie grzeją, sprawdź czy jest załączone ogrzewanie

Sprawdzam. Hebelek załączony, powinno grzać. Sprawdzam jeszcze bezpiecznik. Wybity. Mam cię! Załączam bezpiecznik i głoszę kierownikowi, że teraz już powinno być wszystko OK. Mijamy kolejne stacje, kilometry uciekają. Na radio znowu odzywa się kierownik.

Mechaniku, dalej zimno!

Ok, skoro tu jest wszystko załączone, to może gniazdo z lokomotywy nie chce współpracować. Głoszę najbliższej stacji, że mamy problem z ogrzewaniem, zatrzymam się u nich na 5 minut i postaram usunąć usterkę. Schodzę na tory, odłączam przewód ogrzewania z gniazda lokomotywy i przechodzę na drugą stronę, aby użyć przewodu i wetknąć go do wagonu. Chwila konsternacji… Coś mi nie pasuje. Gdzie jest przewód? Nie ma… No tak, po co w „towarze” zbędny bajer. Nikt węgla grzać nie będzie ;) Zdaję relację kierownikowi. Decyduje, że jedziemy, bo zanim inną lokomotywę załatwią, to miną kolejne godziny. No to jedziemy, byle do stacji docelowej.

Po 16 godzinach wróciłem do domu i nie pragnąłem niczego innego, jak zawinąć się w kołdrę i zasnąć.

PS – okazało się, że lokomotywa miała w ogóle wymontowany stycznik odpowiedzialny za ogrzewanie pociągu. Ot, oszczędności ;)