Jesień to chyba najtrudniejszy okres dla maszynistów. Ciągły deszcz, leżące na torach liście… Jest trudniej niż zwykle.

Wydawałoby się, że to zima jest zmorą na kolei. I tak i nie. Z jednej strony gdy chwycą duże mrozy i spadnie dużo śniegu – wiele pociągów jest poopóźnianych, są problemy z uruchomieniem lokomotyw, na torach pojawiają się zaspy itp. Jednak to jesień jest dla nas – maszynistów najtrudniejsza i podczas tej pory roku pojawia się sporo niebezpieczeństw.

Przede wszystkim nasila się ilość samobójców. Wiadomo, przy takiej pogodzie depresja daje o sobie znać. Ale ich nie ma znowu aż tak dużo. Prawdziwe problemy zaczynają się już przy próbie ruszenia.

Delikatnie ruszam nastawnikiem. Pierwsza pozycja, druga, trzecia… Słyszę jak koła zaczynają wpadać w poślizg. Sypię pod nie piachem… Czwarta pozycja,piąta… Mimo użycia piachu koła nie dają rady. Schodzę do zera. Pociąg pomału się toczy. I znowu pomału pierwsza pozycja, druga… I tak w nieskończoność. Zanim uda się osiągnąć rozkładową prędkość mija dobre kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Nie patrzę, bo walczę cały czas z poślizgiem. W końcu udaje się jechać w miarę normalnie. Niestety – semafor miga pomarańczowym światłem. To znak, że następny będzie kazał jechać ze zmniejszoną prędkością. Trzeba rozpocząć hamowanie dużo wcześniej niż zwykle. Także w połączeniu z piaskiem. Gdyby zestaw przy hamowaniu wpadł w poślizg, mógłby narobić sporo szkód – czasem konieczne jest nawet wystawienie wagonu lub wymiana lokomotywy. Delikatnie używam hamulca. Warunki są fatalne. Do tego doszła mgła na tyle gęsta, że właściwie najdalszą rzeczą jaką widzę, są wycieraczki tuż za szybą.

Przetaczamy się pomału przez stację. I znowu trzeba rozpędzić się do rozkładowej prędkości. I tak w kółko.

Takie to mamy uroki jesieni…