Czasami siła wyższa uniemożliwia dokończenie służby…

Dzień jak codzień. Zgłosiłem się trochę przed czasem u dyspozytora, załatwiłem wszelkie papierkowe sprawy i ruszyłem po moją lokomotywę. Standardowa procedura, próba hamulca i ruszamy. Do Wrocławia dotarłem bez większych problemów. Na miejscu ponad godzina przerwy, więc spokojnie kawka, internet i ogólnie relaks. A za oknami padał deszcz…

I trochę wiało, a właściwie to wiało coraz mocniej. Spojrzałem na tablicę przyjazdów – mój pociąg powrotny opóźniony jakieś 70 minut. No zdarza się. Gorzej, że opóźnienie ciągle rosło, a pociąg nie zbliżał się ani o metr… Telefon od dyspozytora:

Zła wiadomość… Kiedyś wrócisz do domu, bo póki co wszystko stoi. Jeszcze ci kilka godzin zostało, zobaczymy co będzie.

I tak nie było za bardzo innego wyjścia, bo faktycznie wszystko stało i nie było opcji, żeby się wydostać. No to druga kawka i czekamy na rozwój wydarzeń.

Mija kolejna już godzina, na kolejowej mapie sytuacja stabilna – nadal nic się nie ruszyło. Pomału trzeba już myśleć o jakimś powrocie do domu, bo jak tak dalej pójdzie to faktycznie skończą mi się godziny i przy okazji nie będzie możliwości wyjścia na kolejną służbę na drugi dzień. Nie byłoby to dla mnie jakąś tam tragedią, ale w takich sytuacjach każdy dodatkowy maszynista jest na wagę złota, bo nigdy nie wiadomo jak będzie wyglądała sytuacja. A wyglądała źle.

Dzwoni dyspozytor:

Idź łap autobus, wracasz do Katowic, pociąg jak już kiedyś przyjedzie poprowadzi inny maszynista.

Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Ruszyłem na dworzec, akurat za pół godziny miał pojawić się autobus. Dotarłem do domu i padłem spać. Gdy przyjechałem na drugi dzień na służbę po południu – mój wczorajszy pociąg zbliżał się właśnie do Katowic. Opóźnienie – 920 minut. Dziękujemy Ci, Ksawery .