Czasami w czasie trudnych warunków atmosferycznych zdarzają się rzeczy nieplanowane…

Dzień po poprzedniej akcji, w której to Ksawery utrudnił mi powrót do domu znowu wyszedłem na służbę. Do Wrocławia zajechałem bez większych problemów, spojrzałem na opóźnienia – mój powrotny jedzie planowo… Jest dobrze. Czyli na spokojnie kawusia i czekam.

Kawa wypita, jeszcze jedno spojrzenie na tablicę przyjazdów i… Zaczyna się. Już dwie godziny opóźnienia. Szybka ocena sytuacji – pociąg trochę utknął, ale jedzie i raczej dojedzie do Wrocławia bez dalszego zwiększania opóźnienia, więc czekam. Zapas czasu jeszcze mam.

Odpoczynek przerwał telefon od dyspozytora:

Mechaniku, zaraz Twój pociąg wjedzie, poczekacie jeszcze na drugi, też do Katowic, połączycie się i pojedziecie jako jeden.

No, to będzie wesoło. Ciężki skład, na dworze mokro, ciągle pada, tory śliskie. W końcu jakieś wyzwanie ;) Gdy już oba pociągi znalazły się w peronach, koledzy pomogli przemanewrować jedną lokomotywę, aby obie były na czole, natomiast lokomotywa manewrowa przestawiła wagony i zestawiliśmy jeden skład. Próba hamulca, głosimy gotowość i ruszamy… Na haku prawie 800 ton. Starsi maszyniści (lub towarowi) powiedzą, że to nic, że kiedyś same takie pociągi jeździły i w ogóle super. Dla młodego, który takie pociągi zna z opowieści to już lekkie wyzwanie. Szczególnie w taką pogodę. I krótkie perony. Delikatnie ruszamy… Wentylatory wyją aż miło, piasek się sypie, ale mimo wszystko koła się ślizgają… Ale gdy już udało się zakończyć rozruch i rozpędzić do prędkości rozkładowej to jazda była czystą przyjemnością. Z żalem zatrzymałem skład w Katowicach, gdzie oba pociągi kończyły bieg. Tam kolega odebrał ode mnie lokomotywy, aby je odstawić na zasłużony postój, a ja wróciłem do domu szczęśliwy i zadowolony z wykonanej roboty.