Czasami problem z jazdą nie jest wcale spowodowany złym stanem taboru, infrastruktury czy jakąś usterką. Powody bywają bardziej przyziemne.

Służba jak każda inna. Stoję na wrocławskiej „grupie” i czekam na pilota, który wyprowadzi mój pociąg w perony. Na radiu słyszę, jak kolega przejmuje pociąg, sprawdza łączność i rusza pociągiem powrotnym do domu. Powinien być na miejscu trochę ponad godzinę przede mną.

Nadchodzi moja kolej. Pilot odzywa się na radio, słyszymy się dobrze, tarcze podane, spychamy skład w perony. Wymieniamy się jeszcze dokumentami z kierownikiem, nadchodzi godzina odjazdu, ręka w górze – ODJAZD!

Podróż przebiegała bez żadnych utrudnień. O czym jednak nie mógł powiedzieć kolega, startujący przede mną. Zatrzeszczało radio.

– Pociąg XXXX zgłoś się do stacji YYYY.
– Na odbieraniu XXXX.
– Mechaniku w kilometrze 111.111 oraz 112.222 proszę zachować szczególną ostrożność, kręci się mnóstwo dzikiej zwierzyny, kolega z pociągu ZZZZ w obu miejscach potrącił, teraz stoi w stacji WWWW, proszę tam uważać, będziecie zabierać pasażerów od niego.
– Zrozumiałem, będziemy uważać. Dziękuję.

No cóż, po dojechaniu do wymienionej stacji faktycznie czekał na nas tłum podróżnych z tamtego pociągu. Jak się okazało uderzenia były na tyle silne, że uszkodziły lokomotywę – zerwane przewody powietrzne i parę innych uszkodzeń. Dało się jechać, ale nie wiadomo jak daleko, więc zapadła decyzja o przesadzeniu podróżnych.

Do stacji końcowej dojechałem punktualnie, z nadmiarem pasażerów, ale przynajmniej szczęśliwie dotarli do celu. Odstawiłem lokomotywę i kolega z nieszczęsnego pociągu akurat wjechał w perony. Cóż, zwierzyna potrafi narobić ogromnych szkód…