Czekaliśmy jak zazwyczaj na peronie na nasz pociąg. Gdy podchodziliśmy do lokomotywy – zaczepił nas rewident. Mechaniku – będziemy dostawiać wagon!

Nic nadzwyczajnego – czasami trzeba wagon dołożyć, czasami odłączyć. Ot – normalne życie na kolei. Wagonu jeszcze nie było, więc mogliśmy spokojnie dokonać oględzin lokomotywy – czy wszystkie koła są na swoim miejscu itp.

– Przepraszam – usłyszałem za plecami kobiecy głos – Bo ja mam na bilecie wagon nr 15, a tu takiego nie ma.

– Spokojnie – za chwilę go dla pani dostawimy, proszę chwilę zaczekać :)

Byliśmy przekonani, że ze względu na brak czasu – wagon zaczepią na końcu składu i ruszymy. O naiwności.

– Mechaniku, dociśnij! Będziemy wstawiać wagon w środek składu.

Cóż – trochę się się z tym zejdzie, ale skoro takie jest zarządzenie – pozostaje wykonać. Dociskamy, hamujemy, opuszczamy pantografy. Skład podzielony na 2 części. Pantograf w górę, tarcza manewrowa świeci w naszą stronę białym światłem – jazda manewrowa dozwolona. Musimy jeszcze dowiedzieć się, w jaki sposób będą wyglądały nasze manewry.

– Odjedziecie, my na was najedziemy dodatkowym wagonem i potem najedziecie już na resztę składu.

Niech tak będzie. Ruszamy. Wykonujemy manewry z ludźmi w wagonach, więc musimy być bardzo ostrożni. Prędkość nie większa niż 10km/h.

Wagon doczepiony, cofamy pomału do reszty składu, która została w peronach. 5 metrów, metr… pomału, delikatnie… zderzaki zetknęły się ze sobą. Dociskamy – wagon zaczepiony. Wykonujemy próbę hamulca – hamulec w porządku. Semafor podany, podróżni wsiedli, kierownik podnosi dłoń – odjazd! Wyjechaliśmy ze stacji z 30 minutowym opóźnieniem.

Nie ma tego złego – na szlaku pełne skupienie i do stacji docelowej dojechaliśmy już tylko z pięciominutowym opóźnieniem. Kolejna udana służba, chociaż bardziej pracowita niż zwykle.