Na początku września postanowiłem rzucić wszystko i pojechać odpocząć od kolei. Słońce, morze, ciepełko… Aż chciało się żyć. A potem urlop się skończył…

Na drugi dzień, chociaż bardzo mi się nie chciało, musiałem pójść do pracy. Ciężko się zebrać po dwóch tygodniach lenistwa. Tym bardziej, gdy za oknem szaro, buro i ponuro. Nic to, spakowałem niezbędne rzeczy i ruszyłem. Gdy dotarłem już prawie na miejsce, zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawił się złowrogi napis „Dyspozytor dzwoni…”

– Halo?!
– Cześć, za ile u mnie będziesz?
– No właściwie to za jakieś 2 minuty.
– Super, bo tam trzeba lokomotywę sprowadzić, bo zdefektowała, od razu potem sobie swoją weźmiesz bla bla bla…
– No dobra, to zaraz jestem…

Nieźle się zaczyna – pomyślałem sobie. Nastawiłem się, że na spokojnie zrobię zakupy jeszcze, jakiś obiad może na wynos zdążę kupić… No ale trudno, będę się tym martwił później, przed wyjściem w sumie zjadłem to jakoś dojadę.

Odebrałem dokumenty, zapoznałem się na szybko z zarządzeniami nowymi i ruszyłem na peron. Tam już stała zdefektowana maszyna (na upartego mogła jeszcze o własnych siłach zjechać, ale pociąg skończył bieg, więc SM42 się zapięła a ja mialem tylko dozorować elektrowóz i po odstawieniu go „w krzaki” wyłączyć go i zabezpieczyć. Tak też zrobiłem i udałem się na moją lokomotywę. Na szczęście była już zapięta do składu, więc szybkie oględziny, uruchomienie, napompowanie powietrza, próba hamulca i można ruszać w drogę.

Jesienna mżawka nie ułatwia pracy… Tory mokre, lokomotywa się ślizga. Wycieraczki też radzą sobie „tak se”. I jakoś chłodno, trzeba załączyć ogrzewanie w kabinie. Nie da się ukryć – jesień nadeszła. Poleżałby człowiek jeszcze trochę na słoneczku…