To był gorący czerwcowy dzień. 10 lat temu, w moje dwudzieste urodziny.

Pociąg TLK Sztygar, o jakiejś nieludzkiej porannej porze wyjeżdżał z Lublina. Razem z kolegą postanowiliśmy kupić bilet weekendowy (czy tam podróżnika, nie pamiętam jak on się wtedy nazywał) i pojechać do Katowic. Po co? To dość długa historia, ale postaram się ją skrócić…

W tamtym okresie miałem ogromną fazę na zespół Dżem (w sumie nadal uwielbiam ich utwory, ale już nie aż tak fanatycznie). Wiecie, wszystkie piosenki mogłem wam śpiewać z pamięci, przeczytałem wszystkie możliwe książki na temat zespołu i ich nieżyjącego wokalisty… No trochę jak z fanatykiem wędkarstwa. Postanowiłem więc, że idealnym pomysłem byłoby odwiedzenie grobu Ryszarda Riedla, zapalenie znicza i takie tam. Pomysł rzucony chyba na serwisie „grono.net” (już nieistniejącym), początkowy odzew był duży, koniec końców pojechał ze mną jeden kolega.

Wylądowaliśmy w tych Katowicach, szukałem smogu, kominów, kopalnianych szybów i węgla rozsypanego na ulicy, bo przecież tak właśnie powinien wyglądać Śląsk. Trochę mi się ten obraz nie zgadzał z tym, co zastałem no ale trudno. To był nasz pierwszy raz w tym mieście, więc potrzebowaliśmy przewodnika. Z tym akurat nie było problemu, bo jak przystało na dziecko internetu – korespondowałem z różnymi ludźmi z różnych miast, a nawet innych krajów, przy pomocy gadu-gadu lub ICQ (to takie komunikatory internetowe, co były przed erą messengera i facebooka). Akurat szczęśliwie od dłuższego czasu pisałem (tak, brzmi to poważnie) z sympatyczną dziewczyną właśnie z Katowic.

Odebrała nas z dworca (ech, katowickie „kielichy”…) i ruszyliśmy szukać autobusu, który zawiezie nas na cmentarz na tyskim Wartogłowcu. Dotarliśmy… Upał taki, że wszystko miałem przyklejone wszędzie. Tu i tam, i tam i tu… Ale misja wykonana, grób znaleziony, znicz zapalony, możemy wracać do domu. Wyglądaliśmy raczej tragicznie. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do piekarni po bułki na kolację. Były tak potwornie gumowe, że ciężko było to zjeść. No ale głód nie wybiera…

Na drugi dzień jeszcze Park Śląski i deszcz, który przemoczył nas wszystkich do suchej nitki. Cóż… Warto było ;)

Później było jeszcze kilka podróży „Sztygarem”, zmiany, dużo zmian w życiu… Od tamtej pamiętnej podróży minęło ponad 10 lat. A z tą sympatyczną dziewczyną, która miała być naszym przewodnikiem od ponad dwóch lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem :)

Polecam podróże pociągiem… Nigdy nie wiesz która zmieni Twoje życie :)